Zabawa i zabawki – wywiad dla magazynu GAGA

- Dużo zależy od tego, czym sami rodzice się bawią. Jeśli potrafią żyć w prostej przestrzeni, cieszyć się z małych rzeczy, to przekażą to dzieciom.
- Nam przede wszystkim zależy na tym, żeby to były zabawki otwarte, pobudzające wyobraźnię. Zwykły patyczek, kawałek sznurka – z tego można zrobić wiele rzeczy. Na wczesnym etapie rozwoju zabawki są dziecku w ogóle niepotrzebne, bo wszystko może być zabawką, byle było bezpieczne. Nie ma jeszcze wtedy znaczenia, czy to jest pięknie uszyte i kosztowało 70 złotych, czy też jest to chusteczka zawiązana w węzełek, z patyczkiem zaczepionym z drugiej strony – a takie zabawki robiliśmy dla dzieci, kiedy były malutkie.

- Błoto, kamienie, które się myje w kałuży, mokra ziemia, piasek, liście – to wszystko są genialne zabawki i zajmują moje dzieci na długi czas. W domu – ciasto, kasza etc. Robienie jedzenia razem od najmłodszych lat. Kuchenne zabawy są rewelacyjne ze względu na dotyk, sprawność manualną – ćwiczą rączki, paluszki. Moja 5-letnia córeczka już świetnie sobie radzi z krojeniem. Oczywiście jest to mały nożyk, kroi nim miękkie rzeczy: kluski, ziemniaki, ale ważne, że ma to przyzwolenie.

- nie jestem ortodoksyjna – że tylko drewniane, żadnych mechanizmów. Staś zafascynował się samochodami na pilota – kupiliśmy mu taki samochód i helikopter, ale ostatnio zauważyłam, że on znów składa z tatą modele z papieru. Jeśli widzę, że dziecko jest zdeterminowane, wraca do tematu jakiejś zabawki, to doceniam tę jego wolę i kupuję. Kiedy dotyczy to kontaktów społecznych, bo wszyscy mają, a on nie – też uważam, że można kupić. W świecie wszystko ma swoje miejsce i nie chodzi o to, żeby wychowywać dziecko w izolacji od rzeczywistości, tylko, żeby zaszczepić mu świadomość wyboru. Jedyne czemu mówię stanowcze nie, to reklama skierowana do dzieci. Bronimy się przed tym, żyjemy bez telewizji.

- Według mnie nie należy dzieci zabawiać. To znaczy trzeba z nimi być, robić coś razem, ale nie wymyślać im zabaw, co najwyżej lekko zasugerować, jak w Bullerbyn: „Ja na twoim miejscu….”. Inwazyjne zajmowanie się dziećmi, te wszystkie „animacje” – uważam za koszmar współczesności. Dziecko jeszcze się nie zapoznało z jednym bodźcem, a już funduje mu się następny i następny. To wyrabia konsumpcyjne podejście do rzeczywistości, poczucie, że ciągle trzeba więcej, mocniej. Widzi świat jako gotową skonstruowaną całość, a nie widzi siebie jako twórczego uczestnika tego świata. Myśli – dom musi wyglądać tak, a wieszak służy do wieszania ubrań. A przecież ktoś kiedyś wymyślił wieszak, wcześniej go nie było.

Ania Gabryjelska – psychoterapeutka, mama Stasia – lat 7 i Adeli – lat 5

Tagi: